Australia, Recenzja

JULIA JEST W AUSTRALII – RECENZJA KSIĄŻKI JULII RACZKO + KONKURS!

„Julia jest w Australii” nie mogła mi wpaść w ręce w lepszym momencie, niż chwilę przed moją przeprowadzką do… Australii właśnie. Chcecie wiedzieć o czym Julia opowiada nam o swojej książce? Przeczytajcie moją recenzję!

Dlaczego Australia?

Był początek stycznia 2016, za oknem trzaskał mróz, a ja miałam wrażenie, że przeniosłam się do jakiegoś innego świata. Wszystko dzięki Julii Raczko, która pełna emocji opowiadała z pasją o różnych zakątkach Australii, które miała już okazję odwiedzić, wplatając w to historię swojej australijskiej emigracji.

Kilka dni później siedziałyśmy popijając gorącą czekoladę w jednej z moich ulubionych żoliborskich kawiarni. – Wiesz, noszę się z zamiarem pojechania w podróż dookoła świata – powiedziałam – z jednej strony chciałabym wyruszyć w nią jeszcze w tym roku, z drugiej mam mnóstwo obaw. – Jedź – odpowiedziała stanowczo Julia – jedź, a zobaczysz, że to będzie najpiękniejszy czas w Twoim życiu. – Jeśli pojadę, to na pewno dotrę też do Australii – kontynuowałam – tylko nie chcę tam wpaść na ledwie dwa czy trzy tygodnie.

Po prezentacji Julii już wiedziałam, że Australię trzeba zwiedzać niespiesznie, smakować powoli, nie starać się zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. To właśnie po tym spotkaniu podjęłam decyzję o ubieganie się o Wizę Work and Holiday w Australii właśnie.

Dziesięć miesięcy później mój plan się materializuje. Ląduję na lotnisku w Sydney i rozpoczynam moją przygodę z krainą Down Under. Czy mogę rozpocząć ją lepiej, niż z lekturą nowej książki Julii pt. „Julia jest w Australii”?

Julia jest w Australii – recenzja książki

To chyba jedna z najbardziej romantycznych historii miłosnych, jakie znam. Julia wyjechała w podróż dookoła świata, która miała trwać kilka miesięcy, po których miała wrócić do normalnego życia. No właśnie, życie pisze najlepsze scenariusze. Podczas podróży poznała Sama, zakochała się i postanowiła spróbować ułożyć sobie z nim życie w Australii.

O tym właśnie Julia opowiada nam na początku swojej książki. O wątpliwościach, braku zrozumienia ze strony mamy dla przeprowadzki na koniec świata. O rzuceniu się od razu na głęboką wodę i szybkim zawarciu związku partnerskiego ze względu na kwestie wizowe. O podejmowaniu kluczowych decyzji życiowych w bardzo krótkim okresie czasu.

Autorka płynnie przechodzi do barwnych opisów Australii. Razem z Julią podróżujemy w camperze od miasta do miasta, przez najbardziej znane trasy Australii (z których gro ma w nazwie Great), przemierzając australijskie parki narodowe, podziwiając najpiękniejsze plaże, ciesząc się z pierwszych zobaczonych koali, kangurów czy innych zwierząt, o których nie miałam wcześniej pojęcia. Czytając te części książki totalnie udzielił mi się entuzjazm Julii – wiedziałam, że już za kilka dni będę miała wszystkie te wspaniałe – a jak typowe dla Australii – rzeczy na wyciągnięcie ręki.

Szliśmy przez duszny las, gdzie każdy liść wydawał się szumieć, gdzie w krzakach syczały węże, rechotały żaby, a rajskie ptaszki śpiewały w różnych językach. Do kakafonii dźwięków dołączył również wodospad, który od tysięcy lat nieprzerwanie rzeźbi ten naturalny, skalny most i wpada do jaskini. Woda wyglądała na turkusową, a zwalone w przepaść drzewo dodawało magicznego czaru.

Jednak „Julia jest w Australii” to nie tylko relacje z tras, które możemy przebyć podróżując po tym kraju. To też soczyste opisy australijskich miast, począwszy od Brisbane, przez Sydney (wraz z charakterystyką dzielnicy, w której teraz mieszkam!), Melbourne, Adelajdę, aż po Perth czy Darwin. Raczko pokazuje nam swoje ulubione kawiarnie, nocne markety z jedzeniem, typowe australijskie puby czy interesujące miejsca, w które turyści rzadko zaglądają. Bez zadęcia nakreśla nam najważniejsze elementy historii każdego z miast. Swój udział ma w tym też Sam, partner Julii, który pokazuje jej ulubione miejsca rodzinnego Melbourne czy kwestionuje australijskie zwyczaje początkowo nierozumiane przez Julię.

Książce Julii daleko jednak do typowego przewodnika. Autorka przy okazji odwiedzanych miejsc przypomina też niechlubne karty historii Australii związane z Aborygenami. Nie raz ciężko jest uwierzyć, że na idyllicznej wyspie, będącej teraz miejscem wizyt tłumów ludzi, znajdował się kiedyś ośrodek odosobnienia dla rdzennych mieszkańców tego kontynentu, w którym panowały nieludzkie warunki.

Wszystkie powyższe wątki są przeplatane kolejami życia Julii w Australii. Na początku lektury nieco mi to przeszkadzało, gdyż osobiście wolałabym podział książki na dwie części: typowo podróżniczą i osobistą, ale po jej przeczytaniu dokładnie rozumiem zamysł autorki.

Raczko nakreśla historię swojej emigracji zgodnie z poszczególnymi etapami szoku kulturowego, czyli fascynacją, odrzuceniem, wycofaniem i wreszcie akceptacją. Bardzo mi się podoba takie postawienie sprawy. Dobrze rozumiem autorkę, gdyż sama przeżywałam szok kulturowy mieszkając w Portugalii i pod wieloma punktami opisanymi w tych rozdziałach spokojnie mogłabym się podpisać. Julia nie idealizuje swojego pobytu, przyznaje się nam do własnych słabości, ciężkich momentów, jest szczera w swoich opisach.

Na sam koniec autorka udziela nam sporo porad praktycznych dotyczących podróży po Australii. Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że niedługo będę mogła je wcielić w życie, ale najpierw czeka mnie szukanie pracy i poznanie Sydney z perspektywy mieszkańca. Jestem wdzięczna Julii za opisy charakteru i zachowań Australijczyków oraz ich stylu życia, myślę, że dzięki niej będzie mi łatwiej na starcie.

Konkurs! Do wygrania książka „Julia jest w Australii”

Zachęciłam Was do przeczytania książki „Julia jest w Australii”? Mam nadzieję, że tak! Z tej okazji mam dla Was konkurs! Do wygrania są trzy egzemplarze książki.

Aby wygrać jedną z nich należy:

  •  polubić profil Kami Everywhere na Facebooku
  • w komentarzu pod tym postem odpowiedzieć na pytanie: Co najbardziej chcielibyście zobaczyć w Australii i dlaczego?

Spośród wszystkich odpowiedzi wybiorę trzy, które mi się najbardziej spodobają. Konkurs trwa do 15 listopada do 23:59 polskiego czasu. 16 listopada ogłoszę wyniki na na blogu w tym poście.

UWAGA! Konkurs tylko dla mieszkańców Polski, nie ma możliwości wysyłki za granicę.

WYNIKI KONKURSU!

Książkę „Julia jest w Australii” otrzymają Monika K., Betina Musialik i Ildis! Proszę Was o napisanie do mnie na kamieverywhere@gmail.com Waszych adresów do wysyłki.

julia-jest-w-australii-2

You Might Also Like

9 komentarzy

  • Reply Joanna/places2visit.pl 02/11/2016 at 20:50

    Trudno jednoznacznie określić co najbardziej chcielibyśmy zobaczyć w Australii, bo wyprawa do tego kraju to nie wycieczka na 2 tygodnie. Super byłoby spędzić tam chociaż miesiąc i zobaczyć najpiękniejsze widokowo miejsca w tym kraju. Bo byłaby to zarówno wspaniała i jedyna w swoim rodzaju święta skała Aborygenów – Uluru, podróż wzdłuż Great Ocean Road, gdzie można podobno zobaczyć m.in wapienne kolumny a nazwie Dwunastu Apostołów, a także przyjemność nurkowania w Wielkiej Rafie Koralowej. To tylko kilka z wielu niezwykłych miejsc, które można zobaczyć w Australii. A podróż tam byłaby marzeniem naszego życia 🙂 A recenzja zachęca do przeczytania przygód Julii 🙂

  • Reply Iza 03/11/2016 at 11:40

    W Australii najbardziej chciałabym zobaczyć Aborygenów (chociaz z daleka) i Uluru…to plemię za wszelką cenę pragnie zachować swoją kulturę i odciąć się od cywilizacji. W dzisiejszych czasach wszechobecne globalizacji, uważam takie plemię za skarb… Na Uluru chciałabym pobyć..poczuć atmosferę tego miejsca, jego magię i tajemnice…Wiem że Australia ma o wiele więcej do zaoferowania…ale ja swoją przygodę zaczęła bym od powyższego 😉

  • Reply Anna lifeistooshorttolivewithouttravels 07/11/2016 at 10:18

    Chcialabym zobaczyc wombata 🙂 jest to niezmiernie interesujace zwierze wystepujace w poludniowej czesci Australii. Zwierzaki ta maja dlugosc prawie do 1,2 m czyli jedynie 30cm mniej niz ja 🙂 mysle ze jakbym miala mozliwosc ich poznania moglibysmy zostac przyjaciolmi przez podobienstwo xD

  • Reply Sene 07/11/2016 at 12:28

    Australia była od zawsze jednym z moich największych marzeń, choć wydawała się tak bardzo odległa, nieznana i niedostępna. W tym roku udało mi się zrealizować to marzenie i spędziłam najpiękniejszy miesiąc w życiu w Melbourne u mojej rodziny. Teraz mogę powiedzieć, że jestem w Australii ZAKOCHANA! I planuję zdobyć wizę „Work & Holiday” 🙂 Udało mi się zwiedzić większą część Victorii, byłam również w cudownym Sydney, a to tylko i wyłącznie rozbudziło mój apetyt na dalsze zwiedzanie Australii! Najbardziej chciałabym, więc zobaczyć największe miasta, ale również „dziką” Australię oraz powrócić do miejsc, które skradły moje serce i za którymi tęsknię każdego dnia. Jako wielbicielka palm i oceanu, chciałabym również zwiedzić jak najwięcej plaż, które w Australii są niesamowite. Miałam przyjemność karmić kangury, natomiast koale to zwierzęta, które nadal bardzo chciałabym zobaczyć i oczywiście nakarmić kangury raz jeszcze! Pozdrawiam 🙂

  • Reply Betina Musialik 07/11/2016 at 13:17

    Odkąd przeczytałam książkę “Ptaki ciernistych krzewów” moim marzeniem jest podróż do Australii. Kraina, którą opisuję autorka sprawia wrażenie dzikiej i wymagającej a ja chciałabym sprawdzić to osobiście. Marzę o tym, żeby wczuć się w klimat i po prostu czuć, że żyje pełnią życia przemierzając ten kraj z zachodu na wschód, z północy na południe. Chciałabym poczuć wilgotność powietrza i skwar słońca. Chciałabym zobaczyć zwierzęta żyjące dziko i być jak najbliżej natury. Chciałabym również porozmawiać z ludźmi, doświadczyć życia zarówno w wielkim mieście jak i na odludziu. Chciałabym skorzystać z uroków klimatu oceanicznego i możliwości uprawiania licznych sportów wodnych. Myślę, że nie ma rzeczy, której nie chciałabym spróbować 

  • Reply Monika K. 13/11/2016 at 22:39

    Dlaczego chciałabym zwiedzić Australię?
    Bo chciałabym:

    – poznać znaczenie słów Aussie, codzie, smoko i usłyszeć wreszcie na własne uszy podobno ten cudowny akcent australijski 😛
    – spełnić artystyczne marzenie aby posłuchać i obejrzeć „Carmen” Bizeta, „Toscę” Pucciniego czy „La Traviatę” Verdiego w Sydney Opera House. (jak dotąd pozostaje polska krakowska… opera oczywiście ;))
    – podziwiać chmury o wschodzie słońca w dolinach Gór Błękitnych, a nie szukać wschodu słońca znad wszędobylskiego smogu,
    – poczuć muchy w nosie patrząc na Urulu,a nie „mieć muchy w nosie” oglądając raz setny Sukiennice,
    – sprawdzić czy prawdę śpiewały Wilki i „Aborygen tańczy na niebie wolny jak ptak”,
    – spotkać oko w oko żółwia nurkując na Wielkiej Rafie Koralowej, (to chyba przenośnia bo jeszcze nie wiem jak wejdę do wody ze świadomością o pływających rekinach)
    – poczuć czy futerko kangura jest miękkie i jak to jest z tą torbą..;)
    – „uściskać” australijskiego niedźwiadka Koalę w Featherdale Wildlife Park,
    – zobaczyć paradę pingwinków na Philip Island, jak ostrożnie wracają do swoich domków,
    – przezwyciężyć swój strach przed przed wszystkim co żyje i chce cię pożreć tj. pająkami (nie wiem jeszcze jak to przeżyję bo ja nawet piszczę na widok niezidentyfikowanych obiektów poruszających lub będących w spoczynku w swoim mieszkaniu), rekinami (jak wyżej; po co ja się naoglądałam tych wszystkich filmów…); krokodyli, węży i czego tam jeszcze w tej Australii jest..

    No i wreszcie… sprawdzić.. „Gdzie jest Nemo?” bo tam gdzie jest Nemo będzie i serce,
    które mam nadzieję Australia mi skradnie kiedy tylko postawię stopę na tym cudownym kontynencie 🙂

  • Reply Ildis 15/11/2016 at 22:35

    Kiedy miałam 17 lat wzięłam udział w konkursie plastycznym. Wykonałam wtedy poszewkę na poduszkę – patchwork. Obie strony poszewki reprezentowały dwie półkule ziemskie. Większość kontynentów wyszła mi całkiem nieźle, niestety nie można było tego powiedzieć o Australii. Ktokolwiek widział „moją pracę” pytał:
    – a ta plama na środku to że co? Że niby Australia? Haha
    – dziewczyno czy ty kiedykolwiek widziałaś Australię??
    Wtedy ja zasmucona zawsze odpowiadałam, że nie bo niby skąd i otrzymywałam ponowny cios że jak planuję odwiedzić jakąś plamę pomiędzy Oceanem Indyjskim a Spokojnym to życzą mi powodzenia.
    Oczywiście komentarze dostawały mi się od mniej życzliwych lub raczej bardziej zazdrosnych ludzi. Wtedy ja niewiele myśląc kwitowałam to tak:
    A zobaczysz baranie jeden z drugim, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że polecę do Australii,
    że pierwszy raz w życiu ujrzę operę w Sydney tą którą przez tyle lat podziwiałam tylko na ekranie telewizora najczęściej w wiadomościach,
    że nareszcie zobaczę i być może przytulę misia koalę, o których to zwierzętach tylko w programach przyrodniczych mogę uświadczyć,
    że zobaczę nie jednego, nie dwa a stado kangurów żyjących w jakimkolwiek parku na terenie Australii,
    że wybiorę się na wyprawę nad Wielką Rafę Koralową, tak opisywaną prze moją geograficzkę z liceum i z tamtych czasów na pytanie gdzie leży największa rafa koralowa na świecie odpowiedź była zawsze jedna i ta sama,
    że zdjęcie z podręcznika do geografii o Australii ze świętą górą Aborygenów będzie moim własnym zdjęciem w albumie bo i ja na nim będę,
    że zdobędę najwyższy szczyt Australii i nie dlatego że jest najwyższy ale nazywa się Górą Kościuszki a to do czegoś zobowiązuje 

    Ale to było kiedyś…

    A dzisiaj gdybym tylko mogła a mam nadzieje, że to marzenie się spełni, to bym napisała, tak napisała jednemu z drugim tyle, że na Facebooku i dołączyła zdjęcie: Pozdrowienia z Wielkiej Plamy pomiędzy Oceanem Indyjskim i Spokojnym zwanej Australią – Monika.

  • Reply Asia i Maciek 17/11/2016 at 09:14

    Czekamy z niecierpliwością na pierwsze relacje z kontynentu surferów, kangurów, wombatów, posumów, eukaliptusów i bardzo dzikiej przyrody!

    • Reply kamieverywhere 22/11/2016 at 09:44

      koniec końców na razie mam mało czasu na pisanie, ale postaram się nadrobić! 🙂

    Dodaj komentarz