Azory, Portugalia, Przemyślenia

MINUSY PODRÓŻY SOLO.

Pisałam Wam już o tym, jak uwielbiam podróże solo – poznawanie ludzi, na których nie natknęłabym się będąc w towarzystwie, poruszanie się w moim własnym podróżniczym rytmie oraz robienie dokładnie tego, na co mam ochotę w danym momencie – to wszystko jest dla mnie esencją podróży bez towarzysza u boku. Poza tym bezsprzecznie dają mi one niesamowitą siłę – mam wrażenie, że jestem w stanie zrobić wszystko, nawet przysłowiowe góry przenosić. Brzmi idyllicznie? Zobaczcie jak to jest z drugiej strony, gdyż chciałabym Wam przytoczyć kilka słów zapisanych „na kolanie” podczas czekania na lekarza w azorskim szpitalu.

Jest 22 czerwca, 22:20 i już od ponad godziny jestem w Szpitalu Ducha Świętego w Ponta Delgada. Wszystko zaczęło się od niewinnego zatrucia, które starałam się zwalczyć zwykłymi lekami zabranymi jeszcze z Polski. Mija czwarty dzień, sytuacja nie poprawia się ani trochę, a od tych czterech dni żyję praktycznie o chlebie i wodzie. Recepcjonista z guesthouse’u, w którym się zatrzymałam straszy mnie, że to może być coś poważniejszego, prowadzącego nawet do niewydolności organizmu i prawie siłą pakuje do auta i przywozi na lokalny SOR.

Dlaczego o tym opowiadam? Dlatego, że podróżując solo należy pamiętać, że jesteśmy de facto zdani sami na siebie w tych gorszych i najgorszych momentach. W takich momentach musimy umieć sobie poradzić i wziąć w garść, gdy mdlejemy z bólu lub z poważnego powodu trafimy do szpitala. Możemy mieć szczęście i ktoś się nami zaopiekuje, ale najprawdopodobniej większość rzeczy i tak będzie na naszej głowie, szczególnie najbardziej podstawowe, acz kluczowe kwestie, jak załatwienie sprawy z ubezpieczycielem (a dlaczego warto odpowiednio się ubezpieczyć, by móc chorować w spokoju najlepiej wie Julia), kontakt z obcojęzyczną i nie raz obcą kulturowo służbą zdrowia, często niemożność wyrażenia słowami tego, co nie tak się dzieje z naszym ciałem.

Jakie są jeszcze inne minusy podróży solo? Wymienię ich kilka, a wszystkie dotknęły mnie w jakiś sposób właśnie tego feralnego dnia, kiedy trafiłam do szpitala. Mimo, że nie był to piątek trzynastego, to dla mnie miał wszelkie jego symptomy. Co się stało? Zacznijmy od kwestii błahych – jestem raczej niedzielnym kierowcą i czułam się dosyć niekomfortowo objeżdżając całą wyspę bez nawigacji, a tylko zezując jednym okiem na niedokładną mapę, która nie raz wyprowadziła mnie w pole (czyt. ślepą uliczkę z ostrym podjazdem w górę lub mocnym zjazdem w dół). Nie ukrywam, że dzięki autu miałam możliwość zobaczyć kilka fantastycznych miejsc na wyspie, ale notoryczne, całodzienne prowadzenie wywoływało jednak we mnie jakiś stres. Inna pozornie mało istotna kwestia kwestia: przez ostatnie 3 dni budziłam się tak słaba, że praktycznie nie miałam siły wstać i iść do sklepu po bułki i wodę, czyli podstawę mojej wyrafinowanej diety. Nie było obok przyjaznej duszy, która by mnie wsparła. Słaniając się na nogach odwiedzałam spożywczak.

Z problemów wagi ciężkiej oprócz moich kwestii zdrowotnych na pierwszy plan wysunęła się sytuacja moich bliskich, którzy zostali w domu. Tego samego dnia z rana dostałam telefon, że tata zapadł w śpiączkę i trafił do szpitala. Mimowolnie, zapewne ze względu na fakt, że byłam jakieś 4000 km od domu rodzinnego, wielkie grochy popłynęły z moich oczu. To bezsilność i brak możliwości niesienia pomocy były tego przyczyną. I nie było obok nikogo, kto by zwyczajnie przytulił i pozwolił wypłakać się na ramieniu.

„Musisz być silna” – powtarzałam sobie. Mimo tych wszystkich niemiłych rzeczy, które mnie spotkały nie załamuję się ani nie przestanę jeździć solo. Bo wiem, że stare, dobre porzekadło, które głosi, że to, co Cię nie zabije, to Cię wzmocni jest stuprocentową prawdą, a ja za kilka miesięcy będę wspominać tą sytuację z niejakim rozrzewnieniem i będę napawać się dumą, że w ciężkich chwilach po prostu dałam radę.

Koniec końców wszystko wróciło do normy – ja po kilkudniowym pobycie już w warszawskim szpitalu powoli dochodzę do siebie, a i tata też jest już w miarę w formie. Za to wizyta w azorskim szpitalu pozwoliła mi poznać historię lekarza, który w młodości też sporo podróżował solo… Ale o nim następnym razem 🙂

A Wy? Mieliście podobne sytuacje w podróży? Jak sobie z nimi radziliście? Czy jesteście gotowi zrezygnować z podróży solo ze względu na możliwość wystąpienia tego typu problemów?

 

Podobał Ci się ten wpis? Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz lub podzielisz się postem w social media :)

You Might Also Like

12 komentarzy

  • Reply Magdalena 03/07/2015 at 13:39

    Jejku, brzmi jakby niebo spadło na głowę. Najbardziej Cię rozumiem z bezsilnością w sprawie taty. Zawsze jak wyjeżdżam gdziekolwiek mega się boję o moją babcię, że zabraknie jej, gdy ja będę daleko. Nie jestem patetyczna, więc nie żegnam się z nią za każdym razem jak gdzieś wyjeżdżam, ale ten niepokój jest… Co do podróży solo- jak zaczyna się etap życia z dziećmi, to dzień solo brzmi jak magiczne zaklęcie, a co dopiero podróż -)

    • Reply kamieverywhere 07/07/2015 at 00:29

      Wyczuwam między nami nić porozumienia w kwestii rodziny. No właśnie, ta bezsilność i fakt, że nie możemy specjalnie nic w tej sprawie zrobić, potrafi nieco zdemotywować do kolejnych wyjazdów. A co do podróży z dziećmi – to wszystko jeszcze (dłuuugo) przede mną!

  • Reply balkanyrudej 03/07/2015 at 16:50

    Nie jestem ekspertką od samotnego podróżowania, ale będąc kiedyś samej w górach, a dokładniej w zimowych Tatrach wpakowałam się w małe tarapaty. Idąc po ośnieżonym stoku wpadłam w dziurę, która utworzyła się pod obok ukrytej pod śniegiem kosówki. Przez naprawdę długi czas nie mogłam się wydostać. Sytuacja może i wydawała się zabawna ale się ściemniało i byłam na siebie zła za nieuwagę. Żałowałam, że nikogo przy mnie nie było, kto by podał rękę i po prostu pomógł. A jak na złość po horyzont nie było żywego ducha. Wtedy zaczęłam doceniać towarzystwo na szlaku. Bo właśnie nigdy nic niewiadomo. Zdrowie się może posypać, możemy się znaleźć w podbramkowej sytuacji, kiedy to drugi człowiek naprawdę mógłby się przydać. Oczywiście samodzielność jest super, ważne że sobie poradzilaś ze wszystkimi problemami i ze sytuacja wróciła do normy.

    • Reply kamieverywhere 07/07/2015 at 00:32

      Podróż solo, podróżą solo – ja zazwyczaj jeżdżę po miastach, czy miejscach, gdzie spotkamy innych ludzi, więc zazwyczaj znajdzie się ktoś, kto wyciągnie rękę w potrzebie. Nie zazdroszczę Ci Twojej sytuacji w górach – ja bym pewnie nieźle spanikowała na Twoim miejscu – i cieszę się, że udało się z niej wyjść obronną ręką.

  • Reply Agnieszka 03/07/2015 at 16:55

    Nigdy jeszcze nie byłam na żadnym wyjeździe sama, zawsze jeżdżę ze swoim chłopakiem. Uważam, że dobrzy ludzie trafiają też na dobrych ludzi, podobnie jak Ty na tego pana, co zawiózł do szpitala 🙂

    • Reply kamieverywhere 07/07/2015 at 00:34

      To prawda – ja gdzieś tam głęboko wierzę, że karma działa 🙂

  • Reply Karolina 03/07/2015 at 17:50

    Lubię od czasu do czasu podróżować solo, ale coraz bardziej doceniam podróżowanie w dwójkę. Nie przepadam za dużymi grupami, strasznie mnie coś takiego męczy, ale mimo wszystko podróżowanie z kimś jeszcze daje mi poczucie bezpieczeństwa. Kiedy nie ma takiej możliwości, albo kiedy mam ochotę pobyć sama, to jak najbardziej wybieram opcję solo bez głębszego zastanawiania się 🙂
    W każdym razie – cieszę się, że wszystko się dobrze skończyło!

    • Reply kamieverywhere 07/07/2015 at 00:37

      Dzięki, ja też się cieszę, że gorsze chwile już minęły 🙂 ja nie zawszę podróżuję solo – wypracowałam sobie taki schemat, że albo jadę we dwójkę z kimś bliskim, kto ma podobne podejście do podróżowania, jak ja i akurat chcemy zwiedzić to miejsce razem – tak było np. w przypadku wyjazdu na Kubę – albo jadę sama, bo akurat taki termin/ceny biletów/pora roku mi pasuje. Widzę pod tym względem mamy całkiem podobne upodobania 🙂

  • Reply kamieverywhere 07/07/2015 at 00:41

    jasne, że ludzi można poznać zawsze – szczególnie jak się jest ekstrawertykiem i gadułą jak ja, no i Ty w sumie też 🙂 mimo to z moich obserwacji wynika, że gdy podróżuję sama to szczególnie tubylcy chętniej nawiązują kontakt, mają jakoś więcej śmiałości wobec jednostki, niż większej grupy.
    Dzięki za życzenia powrotu do zdrowia – już prawie osiągnęłam ten cel 🙂

  • Reply Julia 09/07/2015 at 05:19

    Sama nie opisałabym tego lepiej. A szpitale są do kitu! Trzymaj się zdrowo!

    • Reply kamieverywhere 24/07/2015 at 09:39

      Dzięki Julka 🙂

  • Reply PONTA DELGADA. JAKA JEST STOLICA AZORÓW? 10/07/2015 at 15:09

    […] świetnego street artu (o nim w osobnym poście) i ciekawe kontrasty miejskie, nie mówiąc już o serdecznych ludziach, którzy pomogli w trudnych chwilach. Ponta nie będzie moim ulubionym miastem, ale być może przez moje wcześniejsze, mocno […]

  • Dodaj komentarz