CZY TO JUŻ KONIEC MOICH PODRÓŻY?

Dokładnie miesiąc temu moje życie odmieniło się o 180 stopni. Wypadek, który tylko początkowo wydawał się błahy, sprawił, że musiałam zmienić nie tylko swoje plany podróżnicze, ale też podejście do życia. Czy będę zmuszona przestać podróżować?

Jak to się stało?

Jesteśmy na spacerze w timorskich górach. Poprzedniej nocy źle spałam, jestem rozdrażniona, a moje myśli krążą wokół wszystkiego, tylko nie tego, co dzieje się obok mnie. Jeden fałszywy krok, potykam się, stopa podwija się pod siebie i słyszę głuche ‚trach’. Przewracam się, jeszcze nie czuję bólu. Rozglądam się wokół i wzrokiem szukam tej suchej gałęzi, która wywołała to ‚trach’. Potrzebuję chwili, żeby zrozumieć, co się stało. Gdy spostrzegam bezwiednie dyndającą stopę już wiem, że to ‚trach’ miało miejsce we mnie. Pamiętam tą chwilę jak dziś. Wraz z coraz bardziej wzmagającym się bólem nogi wiedziałam, że wszystko teraz będzie inaczej. Przyjęłam to jednak wyjątkowo spokojnie, ba, nie wiedzieć czemu, czułam się tego dnia jak jakiś pierdolony mistrz zen.

Walka

Kolejny tydzień to pełnoetatowa walka. Walka przede wszystkim o mój powrót do zdrowia, ale też walka z lokalnym lekarzem stawiającym jednomyślne tezy, ze szpitalną biurokracją i brakiem podstawowych leków w Timorze. W tym samym czasie lokalna portugalska wspólnota, której, chcąc nie chcąc, byłam już częścią, zachowuje się pięknie. Nagle kilkanaście osób niezależnie od siebie uruchamia swoje kontakty, stara zrobić to, co wydaje się niemożliwe i tak po prostu, po ludzku, pomaga nawet w małych rzeczach. Mimo fantastycznego wsparcia po kilku dniach poddaję się. Jeśli nie chcę skończyć z kikutem zamiast nogi nie mam wyjścia, muszę wracać do kraju. Bilet lotniczy na wylot z Dili kupuje mi znajomy cztery godziny przed odlotem. Nigdy się tak nie cieszyłam na powrót do domu, mimo że po trzydziestu godzinach w drodze i trzech odbytych lotach czułam się gorzej niż kiedykolwiek.

Kiedy?

Fejsbukowe łącza rozgrzały się do czerwoności. Pośród wiadomości od bliższych i dalszych mi osób, życzeń powrotu do zdrowia, nieustannie przewijało się jedno pytanie:

Kiedy? Kiedy wrócisz do podróży? To kiedy następna podróż?

Miała być teraz. Właśnie miałam wylatywać z Wietnamu w kierunku Hong Kongu, a w planach na ten rok był jeszcze Nepal, Bhutan i Birma. To kiedy następna podróż? Nie potrafię zupełnie odpowiedzieć na to pytanie, jedynie zastanawiam się, co siedzi w głowach osób, które je zadają. Czy naprawdę myślą, że oleję moje zdrowie kosztem kolejnej podróży? Czy są na tyle ślepi i złaknieni moich historii, że nie widzą tego, co się dzieje?

Od wypadku ani razu sama nie zadałam sobie tego pytania. Ani razu przez głowę nie przeleciał mi cień smutku, że zamiast leżeć w za małym szpitalnym łóżku, mogłabym teraz spacerować pośród wietnamskich pól ryżowych, czy szukać świetnych kadrów w Hong Kongu. A wiecie dlaczego?  Bo wiem, że ostatni rok, który przeżyłam cały w podróży, mimo trafiających się czasami trudności, upadków i ocierania łez, był moim rokiem. Bo czułam, że od dłuższego czasu kroczyłam obraną przez siebie ścieżką i oprócz masy świetnych wspomnień z ostatniego roku w drodze mam też świadomość, że spróbowałam żyć zgodnie ze sobą. Jakbym się czuła, gdyby wypadek zdarzył mi się w drodze do korpo? Co najmniej kijowo.

Randka z Ilizarowem

Ostatnie dwa tygodnie skutecznie wyleczyły mnie z zadawania pytania ‚kiedy’. Pierwsze z nich, które zadałam, to ‚kiedy operacja’, na którą w szpitalu nie mogłam się doczekać. Okazało się, że byłam specjalnym przypadkiem i nie od razu dało się podjąć decyzję o tym, w jaki sposób będę operowana. Moje złamanie kości jest na tyle nietypowe, duże, w ciężko zrastającym się miejscu i dodatkowo ze skośnym przemieszczeniem (słowem: gorzej być nie mogło), że jedyną szansą na odpowiednie zrośnięcie było założenie aparatu Ilizarowa. Byłam przestraszona tej kupy żelastwa, drutów, zewnętrznych obręczy, które sprawiają, że człowiek wygląda jak robocop czy transformers. Koniec końców czekałam na moją operację tydzień. Z tego, co się dowiedziałam od innych nosicieli tego sprzętu, oczekiwanie na planowe założenie Ilizarowa to rok. Zamilkłam. Było mi niewyobrażalnie głupio. Nie zadałam już więcej pytania ‚kiedy’.

Od prawie dwóch tygodni noszę Ilizarowa na piszczeli. Czternaście drutów i dwie ogromne śruby oraz trzy obręcze w kolorze niebieski metalik są teraz częścią mnie. Kiedy mi go zdejmą? Nie wiem. Mówią, że pochodzę w nim minimum cztery miesiące, ale równie dobrze może to być osiem. Kiedy skończę rehabilitację i będę mogła normalnie chodzić? Nie wiem. Za sześć miesięcy, a może za dwanaście. Kiedy będę mogła biegać lub tańczyć? Nie wiem. Może za rok, a może nigdy. ‚Kiedy’ jest moim przekleństwem, dlatego przestałam sobie to pytanie zadawać w ogóle.

No i co teraz?

Wbrew pozorom, nie jestem w obecnej sytuacji smutna, przybita, a wręcz odwrotnie, czuję się silniejsza niż kiedykolwiek. Czuję, że zaczynam rozumieć optymizm i determinację ludzi, którzy w jednej chwili dowiadywali się o swojej niepełnosprawności. U mnie nie jest to jeszcze takie ekstremum, ale być może do pełnej sprawności nigdy nie uda mi się wrócić. Na razie muszę z moim Edkiem, bo tak nazwałam aparat, codziennie wykonywać ogrom ćwiczeń, by stymulować nogę do zrastania. O czym w takich chwilach myślę? O wszystkich bałkańskich imprezach, na których tańczyłam jak szalona. O moich ukochanych lekcjach zumby z Lenką. O pewnie z 50 górskich spacerach, które odbyłam w ciągu ostatniego roku. O szalonych biegach do każdej huśtawki, którą widziałam tylko po to, by móc się na niej pohuśtać (tak, to moje małe guilty pleasure). Jeśli spełnią się negatywne przewidywania lekarzy, to mam w głowie cały wachlarz wspomnień z momentów, kiedy moja noga była sprawna. I tylko się uśmiecham na ich myśl.

Czy to już koniec moich podróży? Ja dopiero zaczynam moją podróż. Podróż zwaną życiem. A Ty nie czekaj na swoją podróż, zacznij tu i teraz, bo jak pokazuje mój przypadek, nigdy nie wiesz, co przyniesie Ci jutro.

Dodaj komentarz

  1. Trzymaj się i dochodź do siebie. Wszystko co się dzieje, ma sens i prowadzi nas do miejsc, w których akurat teraz mamy być. Gdyby się nie działy rzeczy złe, czasem nie mogłyby się wydarzyć te lepsze. Ja przez rok na studiach dźwigałam co piątek 10 kg ceramiki do domu, bo profesor postawił mi warunek, że muszę się nauczyć ją rysować, bym mogła pojechać na wykopaliska do Syrii. Złamałam nogę trzy dni przed wylotem. Myślałam, że świat mi się wali z tego powodu, dopóki lekarz mi nie wykrzyczał, że mam walczyć oto, bym mogła chodzić, a nie płakać nad wyjazdem. Jak mi podawali narkozę, nie wiedziałam, czy po wybudzeniu będę miała stopę w całości. Miałam. Do Syrii pojechałam rok później, dwa lata później zaczęłam się wspinać. To wszystko jest w naszej głowie. Trzymam za Ciebie mocno kciuki, jak będziesz miała siłę na spotkanie, daj znać, chętnie Cię odwiedzę! ♥

    • Też wychodzę z założenia, że wszytko ma sens i że perspektywa czasu pokaże mi, że ten wypadek po prostu musiał mieć miejsce. Teraz nie mam wyboru, muszę zacisnąć zęby i regularnie ćwiczyć (mimo, że na co dzień ćwiczyć nie znoszę), bo od tego zależy ile będę mieć Edka na nodze. Twój przykład jest baaardzo budujący <3 a byłoby mi bardzo miło, gdybyś mnie odwiedziła, ja tam jestem praktycznie zawsze dostępna, bo na razie poza dom się nie ruszam 😉

  2. Przeczytane…. Na pocieszenie – Właśnie mija 10 mc mojego L4 ( 182 dni i 4mc Świadczenia rehabilitacyjnego ) I tak do końca 2017. Co dalej… Artroskopia prawego kolana i lędźwiowy na złom. Czekam na ” wyrok ” ze skierowaniem w rąsi. Aleeee trzeba mieć to gdzieś i nie brać do głowy. SiemKAmi 😉 ps. Czy ja się kiedyś skarżyłem światu ;)))))))))))

  3. patrz, kiedyś nazwiska określały, czym się człowiek zajmuje. Może sobie jakąś nową wystrugasz z żelaza, z dodatkowymi opcjami typu winiarnia, czy skrzypce, byś sobie przygrywała do obiadku 😀

  4. Wiem co czujesz. Gdy 5 tygodni temu na początku podróży po Australii dowiedziałem się że uszkodziłem poważnie zatoki i nie mogę robić rzeczy po które przyjechałem do Australii – surfing/nurkowanie to załamałem się. Ale głowa do góry, udało mi się na tyle wyzdrowieć aby przeżyć spokojnie lot do domu a kiedyś jeszcze wrócę poserfować w Australii.

    • ależ niefart, współczuję strasznie! mam nadzieję, że doszedłeś już do zdrowia! no pewnie, że wrócisz do krainy Oz, każdy tam wraca prędzej czy później 🙂

  5. Bo ludzie tak mało wrażeń mają w swoim życiu, że karmią się wrażeniami z życia innych i fakt, że tych wrażeń podróżniczych od Ciebie już nie będzie na razie wydaje się być dla nich jakimś końcem, jakimś brakiem… w końcu zrozumieją 🙂 Zdrowia!!! To tylko kolejny etap, tak miało być, może przez to narodzi się zupełnie nowy plan na Twoje życie? Nowe cele podróży? Kto wie 🙂 Wysyłam dużo energii z Brazylii (a tutaj to dość rozwinięty temat, więc na pewno zadziała 😀 ) Pozdrawiam!

    • ha, teraz mam wreszcie czas pisać więcej postów na bloga, bo w podróży świadomie to zarzuciłam, gdyż ciągle się taaak dużo działo!
      ja teraz jeszcze nic nie planuję (za dużo niewiadomych z tym aparatem na nodze), ale mam kolejne marzenie, no a marzenia trzeba spełniać 🙂 nowe cele podróży też są i mam nadzieję, że już w przyszłym roku w wakacje będę się mogła gdzieś wyrwać. Dziękuję za energię, a gdzie w Brazylii jesteś?

  6. Masz rację, złamanie nogi w drodze do korpo to byłby dramat 😛 Podziwiam Twoje podejście, ale z drugiej strony – co by to pomogło jakbyś siedziała i płakała? (Choć ja nad moją nogą, uszkodzoną tylko odrobinkę przecież, trochę łez wylałam) Co zobaczyłaś, to Twoje. Dopiero jak człowiek zachoruje to zaczyna doceniać jak fajnie być zdrowym i sprawnym.Trzymam kciuki, żeby ten czas z Edkiem szybko minął! #teamzłamasy

    • jestem pewna, że ledwie kilka lat temu to bym się załamała, na szczęście teraz mam inne podejście 😉 oj tak, doceniamy rzeczy, kiedy ich nie mamy, ale wreszcie teraz będzie czas na spokojnie przejrzeć foty z wyjazdu i pisać nowe posty! dzięki i za Ciebie też trzymam kciukasy! i Kanarów troszkę zazdraszczam 😉

    • Kasia, może też się powinnam przejechać, tam na pewno miałabym lepsze warunki do rozchodzenia Edka, bo u nas po deszczu na śliskim to specjalnie się nie rzucam 😉

    • true that 😉 a wiesz, co słyszałam od laski, która ma Ilizarowa i poszła na komisję zusowską? że biegły ortopeda z zusu jej mówi: Pani zdejmie z nogi ten aparat, bo nie mam jej jak zbadać 😛

  7. Zdrowia życzę. W sumie dopiero się dowiedziałem, bo od 2 miesięcy nie miałem sprawnego kompa. Wierzę, że wszystko będzie dobrze z nogą, już nie takie cuda świat widział 😉

  8. Kami ćwicz. Moja noga po operacji złamania się poprawia. Jak tylko się uda i zrośnie się na amen wracam do dżungli na Sumatrę, gdzie się połamałem. Już mam namiary na miejscowego przewodnika, który wie gdzie są ptaki które chciałem sfotografować. W tym roku się nie udało, ale się nie poddam. Trzymaj się.

  9. Ooooo, kurde! Nie widziałem, że takie rzeczy Ci się przytrafiły. Mam ogromną nadzieję, że noga wróci do swojej pierwotnej sprawności, trzymaj się! Nie dopuszczaj złych myśli! Pozdrawiam i pamiętaj… bądź jak „pierdolony mistrz zen” 🙂

    • ja też mam taką nadzieję, bo już mnie nosi w jakieś góry, ale na razie jedynie spaceruje sobie moją ulicą i odcinek, który pokonywałam w 5 minut teraz idę przez pół godziny 🙂 najfajniejsze jest to, że przy aparacie dosyć szybko widać rezultaty pracy, praktycznie z dnia na dzień… a i tak, do pierdolonego mistrza mi całkiem niedaleko 😉

    • Regularne ćwiczenia są dla mnie najgorsze, bo jestem strasznym leniem I nigdy nie byłam fanką sportów 😉 ale codziennie się przełamuję, no bo co robić. A I wreszcie będę mieć czas pisać posty na bloga 🙂

  10. Składając życzenia urodzinowe zawsze wszystkim mówię na pierwszym miejscu o marzeniach, że trzeba je posiadać, że trzeba w nie wierzyć, że one napędzają nasze życie. Jednak równolegle z marzeniami musi być zdrowie bo bez niego nawet najfajniejszy zachód słońca nie będzie w pełni cieszył. Marzenia + zdrowie to pełnia – zatem Kamila pamiętaj „szklanka zawsze do połowy jest pełna” i tego się trzymaj. Do zobaczenia gdzieś w drodze 🙂

    • Tego się trzymam, choć czasem łatwo nie jest, bo niestety nie mam pojęcia, kiedy noga będzie w pełni sprawna. Ale na szczęście mam też marzenia niepodróżnicze, i te zamierzam teraz w miarę możliwości realizować. Dziękuję pięknie i mam nadzieję, że na wiosenny Cieszyn to już się będę nadawać 😉

  11. Na wszystko jest swój czas. Trzymam mocno kciuki, by wróciła pełna sprawność nogi! Wierzę, że sobie poradzisz z każdą sytuacją – no kto jak nie ty??? Ograniczenia są tylko w głowie i w myślach „życzliwych”.

    • ograniczenia czasem się w mojej głowie pojawiają, ale szybko je z niej wyrzucam 😉 dziś na przykład poszłam na spacer z aparatem, który miałam po raz pierwszy w rękach od wypadku. Jaka radość! dziękuję Ci pięknie kochana <3

  12. Dzielna jesteś i podziwiam Cię za Twoje podejście. Wielu ludzi już by się załamało i miało ochotę poddać. Podróże jednak kształtują w nas pokłady pozytywnej energii, więc korzystaj z nich, dbaj o stopę, ćwicz, a ja mocno trzymam kciuki i wierzę, że będzie dobrze i jeszcze nie raz Twoje stopy zaprowadzą Cię w góry! Trzymaj się :*

    • żeby nie było, też mam gorsze chwile w związku z moim stanem zdrowia i mocnym uziemieniem (ah, to moje jakże ubogie obecnie życie towarzyskie!), ale szybko udaje mi się je zwalczać i patrzeć na pozytywny aspekt mojej sytuacji. muszę ćwiczyć codziennie i – mimo, że tego nie znoszę – to chciałabym wyrobić sobie tym nawyk, który zostanie ze mną na dłużej. no ja też mam nadzieję, że moje stopy zaprowadzą mnie znowu na końce świata. dziękuję za Twój piękny komentarz i przesyłam dużo warszawskiego słońca 🙂